Na początku stycznia zostałam zaproszona przez moją hosto-mamę na przedstawienie teatralne do Meiji-za. Grali akurat adaptację “Sasameyuki” Tanizakiego, a że to moja ulubiona powieść tego autora, poszłam z radością i dużymi oczekiwaniami, które zostały spełnione tylko w pewnej części. Sama sztuka obejmowała zaledwie kilka scen z książki (zresztą trudno się dziwić, bydle ma jakieś 400 stron), aktorki dobrane były różnie, choć w dużej mierze pasowały do moich wyobrażeń o siostrach Makioka, a przede wszystkim – miały cudowne kimona! Nie mogłam się na nie napatrzeć. Niestety, jak w każdym teatrze, nie wolno było robić zdjęć, więc tego nie udowodnię.
Zaskoczył mnie natomiast sam teatr. Poszłyśmy wczesnopopołudniowe przedstawienie w dzień roboczy, więc większą część publiczności stanowiły emerytki i czy z tego powodu, czy przez ogólną tendencję Japończyków do zasypiania w każdym miejscu i czasie, spora część widowni podczas spektaklu przysypiała. Biorąc pod uwagę jak drogie są bilety (nasze kosztowały po 11 tys. jenów = ok. 330 zł!), był to dla mnie swego rodzaju szok kulturowy. Czy nie równie efektywnie można by było się przespać przed telewizorem? Poza tym – japoński teatr to targowisko. Wszędzie stoiska z jedzeniem, słodyczami, pamiątkami, rzeczami związanymi, albo i zupełnie niezwiązanymi ze sztuką, ubraniami (takimi zwykłymi ubraniami w stylu zachodnim)… Przez tę wszędobylską komercję teatr traci dużo ze swojej atmosfery.
Jest jeszcze jedna kwestia, która bardziej przypadła mi do gustu. Przed rozpoczęciem przedstawienia, na pierwszy albo drugi antrakt, można zamówić specjalne teatralne bento, i przeczuwam, że to jest jeden z głównych powodów, dla których Japończycy do teatru idą. Hana yori dango, mimo wszystko.
Rodzajów bento jest kilka, można je sobie popodziwiać w ich plastikowym wcieleniu za szybką.
A to moje, do połowy zjedzone (żeby wyglądało bardziej naturalnie).
W tym miesiącu szykują się dwie kolejne wizyty w różnych teatrach (muzyczny i takarazuka), czekam na nie z niecierpliwością.
I, bo dawno nie było, piosenka notki. Z wizualizacją w postaci zrobionej przeze mnie własnoręcznie amv-ki.
Na początku przepraszam, że zniknęłam na tak długo z horyzontu, wszystko przez sesję, która jak zawsze zaskoczyła studentów (no, przynajmniej mnie). Postaram się wszystko nadrobić, tymczasem czeka mnie jeszcze zaledwie jeden egzamin, więc zbliżam się do radosnego finiszu.
Pozdrawiam was za zażerając kit-kata (kitto katsu =”na pewno zwyciężę/zdam”, jeden z łakoci, które koniecznie trzeba spożyć, żeby zdać) i machając szczęśliwym ołówkiem automatycznym (Pentela, a jakże).
"合格祈願" czyli "błaganie o zaliczenie":P Produkty tego typu przeznaczone są głównie dla uczniów zdających egzaminy wstępne do liceum czy na studia, ale nie mogłam się powstrzymać .
Tak mi się chce śpiewać kiedy wychodzę na powietrze przez ostatnich kilka dni. Tokio, które prawie zawsze jest słoneczne, ostatnio zrezygnowało z nocnych przymrozków i przenikającego na wskroś chłodu. Wczoraj wracając z zajęć ze zdziwieniem oceniłyśmy, że wiatr, który wiał całkiem raźno stracił gdzieś swoją zimowość i stał się wręcz… wiosenny. Poza tym niektóre krzaki zaczęły wyglądać tak:
Ah, no tak, bo sporo krzewów i drzew nawet w ogóle nie straciło liści jesienią. Ale ten pączek w środku to już rzecz tegoroczna.
Natomiast śliwy…
...zakwitły! To pierwsze drzewa które budzą się, jeszcze za nim wiosna zagości na dobre w okolicy. Na wiśnie trzeba będzie jeszcze co najmniej dwa miesiące poczekać.
Nie dość, że wyglądają jak wyglądają, to jeszcze niesamowicie, słodko pachną.
Oczywiście zima może jeszcze wrócić, w końcu dopiero koniec stycznia. Ale nikt jej do tego specjalnie nie namawia.
Facet powinien zachowywać się po męsku. Być silny, umięśniony, zarośnięty, z otoczeniem porozumiewać się półsłówkami tudzież wyrazami niecenzuralnymi. No i oczywiście, żeby utrzymać odpowiedni imydż, musi odżywać się stosownie do swojego domniemanego charakteru. Najlepiej mięsem, poza tym rzeczami ostrymi, konkretnymi i “poważnymi”. Prawda?
A co zrobić, jeśli takiemu Prawdziwemu Facetowi nagle zachce się ciastka? No to trudna rada, zostaje zaszyć się z nim w jakimś zacisznym miejscu (np. ubikacji, o którym to temacie wspomnę później) i skonsumować ze wstydem. Ale nie martwcie się, o Brzydka Płci, Japończycy i na to znaleźli sposób. I oto w sklepach pojawiły się słodycze opatrzone znaczkiem 男 (otoko – mężczyzna), specjalnie dla Was! Czym się różnią od babskich ciastek? Już tłumaczę. Otóż, jeśli jest w nich czekolada, to zazwyczaj gorzka, poza tym opakowania są utrzymane raczej w ciemnej tonacji, z dużą dawką czerni. No i przede wszystkim można spożywać je z Dumą.
Specjalnie dla Was wypróbowałam kilka tego typu produktów. Od razu poczułam się jak macho.
Men's Pocky. W smaku nie różnią się bardzo od zwykłych, ale przynajmniej nie wstyd się z nimi pokazać w miejscach publicznych;).
Ciastko z kremem - bardzo dobre, nie powiem, ale kupiłam je głównie dla tego cudownego opakowania:D
I, na koniec, Tiramisu Dla Prawdziwych Facetów. Trzy razy większe niż to zwykłe (w domyśle - dla bab). Przyznam, że mnie osobiście odpowiada wersja maxi.
I co Wy na to?
(O męskiej części narodu japońskiego będzie jeszcze nie raz, w różnych odsłonach. Ale nie wszystko na raz.)