Miejsca się nie zmieniają, a przynajmniej niezbyt szybko. Ale zmieniamy się my, zmienia się punkt widzenia, towarzystwo, nastrój. Czasami będąc gdzieś dopiero drugi, trzeci raz, dostrzega się, o co właściwie w tym wszystkim chodzi i dlaczego to jest piękne.
Ja tak miałam z Asakusą, do której wybraliśmy się z bardzo konkretnym tajnym zadaniem, a skoro już tam dotarliśmy, to postanowiłam pokazać Grześkowi powidok starego Edo. Hm, zresztą nie tylko. Na dobry początek:

Asahi Biru ("budynek porannego słońca"), potocznie znany jako Unko Biru ("budynek kupy"), nietrudno chyba zgadnąć, dlaczego.
Ale wracając do przemierzania uliczek Edo…

Niedługo wcześniej Japonia świętowała Hina Matsuri, wszędzie więc można było zobaczyć lalki, w tym też te papierowe powyżej, które zupełnie mnie ujęły.
Oczywiście widzieliśmy Sensouji, widzieliśmy pagodę i stawek z karpiami, ale te elementy otoczenia nie zachwyciły mnie specjalnie, jak i za pierwszym razem. Za to w bocznej uliczce…

...na budynkach wypatrzeć można...

...takie oto...

...indywidua.
I nie tylko. Ludzie maja różne pomysły.

I wymalowują sobie np. na drzwiach garażu edziowską ilustrację. Oczywiście trafiłam na moment, kiedy ktoś podnosił bramę...
W niewielu miejscach w Japonii da się jeszcze zobaczyć riksze. Asakusa jest jednym z takich miejsc.

Młody rikszarz podrywający dwie klientki na "przewodnika".
Popołudniowa Asakusa ma w sobie więcej uroku, niż się spodziewałam, jeśli tylko uda się siłą woli zignorować tłumy ciągnące do świątyni czy stojące w kolejkach przy sklepikach i budkach z jedzeniem. W Japonii można ten prosty zabieg wyćwiczyć do perfekcji. Przydaje się.
Na pożegnanie dwa paszczaki.

On i Jego Pierwsze Dango (dango, że tak powiem, filozoficzne, bo spożyte tuż po dowiedzeniu się, co oznacza właściwie "hana yori dango").

Ona, czyli ja, i jej firmowe spojrzenie, czyli... zresztą widać mniej więcej, jakie.
Kwiecień 23rd,2010
o mnie |
3 Comments
Tokyo to miasto o tysiącu twarzy. Kiedy przyjechały do nas dziewczyny z Kansai, postanowiliśmy wybrać się razem na poszukiwanie kilku. Ponieważ dzień upłynął głównie na szeroko pojętym oglądaniu, ograniczę się tym razem stricte do fotorelacji z krótkimi tylko komentarzami.
Zanim udało nam się zebrać do kupy, minęło trochę czasu, który nasza część ekipy poświęciła na podziwianie ogrodów przy pałacu cesarskim – z zewnątrz.

Większa część ogrodów jest niedostępna dla zwiedzających, tego dnia mieliśmy wyjątkowego pecha, bo zamknięta okazała się nawet część ogólnodostępna.

Gotham Tokyo.
Na stacji Tokyo (nazwa sugerowałaby, że jest to główna stacja miasta, i oczywiście nią nie jest) udało nam się wreszcie spotkać. Wspólny spacer zaczęliśmy od najbardziej znanego tokijskiego parku – Ueno.

Przed świątynką Kaneiji Kiyomizu Kannondo. Dzielne zuchy wyruszają na wyprawę. Fotografuje Aleks.

Na muzea nie mieliśmy szczególnej ochoty, ale ponieważ wstęp do Metropolitalnego Muzeum Szuki okazał się darmowy, nie dało się mu oprzeć. Czekała na nas wystawa nowoczesnego podejścia kaligrafii, bardzo inspirująca. Poniekąd. To powyżej to też jest kaligrafia (ewentualne reklamacje zgłaszać do muzeum, nie do mnie).

A to staw Shinobazu, pełen mew i trzcin. Z tymi ostatnimi bohatersko walczyli panowie w zielonym.

Świątynia Bentendo, na tle trzcin (wygląda jakby stała w szczerym polu).

Mewa, jaka jest, każdy widzi.

W stawie pływają martwe lotosy. I, zapewne, różne inne rzeczy, ale lotosy wyglądają, i brzmią, z tego wszystkiego najbardziej romantycznie.

A przed świątynką stoi pomnik okularów Tokugawy Ieyasu i ich ogólnego wkładu w historię i kulturę Japonii.

Pagoda Kaneiji, znajdująca się na terenie zoo (do którego nie weszliśmy).

Idziemy do świątyni, idziemy do świą... ej, co z tą świątynią? Jakaś taka... dwuwymiarowa.

Prawie Jak Świątynia Toshogu. Z daleka nie widać różnicy. Fizyczne przedstawienie zmyślności Japończyków - pomimo, że w remoncie, turyści i tak mogą ją podziwiać. Czy to nie cudowne?;P

A to już poza parkiem Ueno - chram Nezu. I torii wokół niego. (wersja z wkładką)

J.w. (wersja bez wkładki)

I chram Nezu w całej okazałości.
Spacer po tym skończyliśmy na stacji Nippori i – dla kontrastu, pojechaliśmy do Ikebukuro, jednej z dzielnic handlu, wysokich budynków, tłumów i nowoczesności.

On też na tym zdjęciu wygląda jak dwuwymiarowy...
Po pół roku mieszkania w Tokyo (czy raczej na jego przedmieściach) muszę powiedzieć, że dobrze mi w tym mieście. A przynajmniej w większości z jego odsłon. Dobrze, że są miejsca, w których nie czuć tej przytłaczającej metropolitalnej wielkości.
Na dobry koniec semestru zimowego udaliśmy się grupowo (i pod przymusem) do Ochanomizu w celu liźnięcia zasad układania ikebany (=japońskiej sztuki układania kwiatów).
Nauczyłam się tyle, że ikebana klasyczna (no, jeden z jej rodzajów, a jest tego zapewne miriady miriad) to trzy badyle o różnej długości wetknięte w “jeża” (podstawka z kolcami do mocowania kwiatów) po linii prostej. A ikebana free-style to… free-style, ale musi odpowiadać japońskiej estetyce. Nasza miła pani nauczycielka najbardziej chwaliła kompozycje, które dla mnie były definicją braku gustu. A te bardziej “europejskie” na siłę poprawiała. Zresztą, pani nauczycielka ikebany to osobna historia. Starała się być miła, do każdego podchodziła, pytała skąd jest, rzucała kilka uprzejmych słów na temat danego kraju… no, a przynajmniej z całego serca się starała. Przytoczę skrótowo jej dialog z Asią, która siedziała przede mną, więc wcześniej padła jej ofiarą. Ja w tym czasie tłumiłam wybuchy śmiechu, nabijając gałęzie brzoskwini na “jeża”.
Pani: Skąd jesteś?
Asia: Z Polski. (Poorando)
Pani: A, z Holandii? (Oranda)
Asia: Nie, z Polski. [uprzejmy uśmiech]
Pani: A, z Polski… Polska, to gdzieś niedaleko Uzbekistanu, nieprawdaż? [przed nami inwigilowany był kolega z Uzbekistanu]
Asia: Raczej niespecjalnie. [jeszcze bardziej uprzejmy uśmiech]
Pani: Ah, tak… Polska… hm… [stara się ze wszystkich sił przypomnieć sobie cokolwiek, co mogłaby wiedzieć o tym egzotycznym kraju] A to tam macie takie okrągłe, białe domki?
Asia: [spojrzenie typu "wtf???"]
Pani: No takie domki z okrągłymi dachami.
Asia: Eeee, o ile mi wiadomo, to chyba nie bardzo.
Pani: [nierozumiejące spojrzenie] Ach, tak. [uśmiech]
I przeszła do mnie. Słysząc, że też jestem z Polski, chyba trochę się speszyła. Temat okrągłych dachów nie był kontynuowany. Po burzliwym namyśle stwierdziłyśmy, że może chodziło jej o prawosławne kopulaste cerkwie? … Jak widać ludzie wzbijający się na wyżyny estetyki nie zawsze mają czas wyjść poza swoją dziedzinę (to nie była bynajmniej jedyna gafa, jaką pani tego dnia strzeliła). Ale któż by ją winił, w końcu starała się być uprzejma.
Ale wracając do samej zabawy kwiatkami. Pora na część wizualną relacji.

Wszyscy dzielnie próbują swych sił w starciu z (martwą) roślinnością.

Niektórzy nawet nazwali swe dzieła, jak Oppa-san - oto "MSS" czyli "MinSokSpecial". Zdjęcie z serii "Gap się na badyle i staraj wyglądać artystycznie."

Hhartystka w pełnym wyszczerzu. Za mną ze swoją porcją roślinności walczy Nakamura-sensei.

Aleks w Akcji. Obok niej Tao tworzy ze swojej ikebany historię miłosną.

Po skończeniu klasycznej ikebany postanowiłam pobawić się we free-stajla. Najbardziej artystyczne było wyplątywanie tego z włosów potem.

I kolejne niestandardowe podejście do problemu, zresztą moje ulubione. Myślę jednak, że nasza pani nauczycielka by tego minimalistycznego pomysłu nie doceniła.
I tyle. Z wycieczki wyniosłam (poza wspomnieniami o domniemanym sąsiedztwie Polski i Uzbekistanu), parę gałęzi obsypanych różowymi kwiatami, z których ułożyłam potem u siebie cudowną kompozycję… w plastikowej butelce. Zresztą, zgodnie z sugestią pani nauczycielki, żeby nie było.
Na szczęście koniec semestru świętowaliśmy też w bardziej przyziemny sposób. Który, muszę przyznać, daleko bardziej mnie ukontentował. Niestety, nadal hana yori dango. Zwłaszcza, jeżeli ten kwiat jest japoński, cięty i nabity na jeża.

No!
Kwiecień 14th,2010
o mnie |
7 Comments
Prawie półtora miesiąca ferii rozleniwiło mnie okropnie, ale już wracam do wiernego relacjonowania zdarzeń z ziemi japońskiej (znaczy się tylko tych z moim udziałem). Marzec upłynął mi przyjemnie i dosyć intensywnie, postaram się nadrobić zaległości przez najbliższe dni (no dobra, i tygodnie).
Tymczasem chciałabym pozwolić sobie na notkę wiosenną, bo na wiosnę czekałam długo i z niecierpliwością. Niestety dzisiaj wyżej wymieniona postanowiła się na mnie wypiąć, sypnęła deszczem i powiała chłodem, ale moja komórka (co ja zrobię w Polsce, kiedy tu tak się przyzwyczaiłam do codziennego sprawdzania pogody w telefonie?) daje nadzieję, że już niedługo zrobi się przyjemniej. A tymczasem, gwoli zaklinania, kilka zdjęć najbardziej oklepanego (co nie przeszkadza mu ujmować mnie swoim urokiem) symbolu wiosennej Japonii – kwitnących wiśni.

Wokół mojego uniwersytetu takich alejek jest od groma i trochę. Wszędzie biało i kwieciście. Raj dla alergików.

A tak wygląda hanami (podziwianie kwiatków, w domyśle wiśni) w parku Inokashira. Oczywiście zdecydowanie bardziej niż o kwiaty, przynajmniej moim laickim okiem, chodzi o jedzenie. Wszak to Japonia. Ponieważ tłumów nie znoszę (one na ogół mnie też), to zdjęcia robiłam tylko poglądowo, a sama uczestniczyłam w kameralnym hanami, o którym za chwilę.

Romantyczność w parku Inokashira.

Dziura na niebo.

Kwiatki z bliska. Kwiatki w przeciwieństwie do ludzi fotogeniczne są zawsze i z każdej odległości.

Widok z mojego okna, ujęty w sposób uwypuklający jego niepodważalne walory artystyczne (i żeby nie było widać, że to z tyłu to boisko).
Ponieważ w międzyczasie niespodziewanie zaatakowała nas Wielkanoc, trzeba było wymyślić jakiś sposób na niezobowiązujące świętowanie, a że pogoda była całkiem niezła, postanowiłyśmy zrobić sobie hanami na kampusie. Była sakura, było jedzenie (w tym nawet prawdziwy kajmakowy mazurek – pycha!), jako najstarsza (głowa rodziny?) powiedziałam nawet kilka podniosłych słów przed śniadaniem (które niech odejdą w zapomnienie). W każdym razie była to zdecydowanie przyjemna Wielkanoc.

Nasz wielkanocny "stół".

W tle nasza Alma Mater, na szczęście zajęcia się w niej jeszcze nie odbywały.

Ja też tam byłam, soczek grejfrutowy piłam...
I marzą mi się już takie zupełnie ciepłe, długie dni, czytanie książki w parku i wieczorne spacery na tle zachodu słońca.

O, takie zachody słońca mają być.
Kwiecień 12th,2010
o mnie |
2 Comments